Karola and her travels • 1.09.2017

Hiszpańskie marzenie – Barcelona

Minęło trochę czasu odkąd udało mi się spełnić swoje podróżnicze pragnienie (“Doświadczyć hiszpańskiego klimatu” ), otrzymałam dziesiątki pytań o mój wyjazd od dziewczyn oddających się w moje pęsety i obserwatorów mojego profilu na instagramie, a dopiero dziś mogę zaprosić Was do biegania wzrokiem po wpisie zawierającym nie tylko zdjęcia z majowej przygody w stolicy Katalonii, ale także moje osobiste odczucia zawarte w tekście. Hiszpania, to kraj który bardzo wysoko ulokował się na mojej liście marzeń, a na pierwsze miejsce odwiedzin wybrałam Barcelonę o niezwykle kolorowej architekturze zawdzięczanej mistrzowi Gaudiemu i cudownej atmosferze stworzonej przez mieszkańców miasta. Uważałam Barcelonę za jeden z najbezpieczniejszych kierunków Europy, a kilkanaście dni temu doszło do dwóch strasznych tragedii…

Mój wyjazd poprzedzały trzy dni w Olsztynie, kiedy to studenci przejęli klucz od władz miasta, a kartka w ich kalendarzach z datą rozpoczynającą Kortowiadę była zakreślona czerwoną kreską. Wspaniałe koncerty i jeszcze wspanialsi ludzie, z którymi przetrwałam te wszystkie dni i noce, dostarczyli mi tak silnej dawki pozytywnej energii , że nie musiałam w mieszkaniu pakować jej do bagażu podręcznego, bo towarzyszyła mi już po opuszczeniu granic miasta.

Wylot miałyśmy wieczorną porą – o 20,30. Z tego co się orientuję, do Barcelony zawsze jest tak późno start samolotu, więc do celu dotarłyśmy chwilę przed wybiciem północy, jednak o tej porze miasto tam tętni życiem, a o transfer spod lotniska do centrum nie musicie się martwić, jest średnio co 15 minut nawet o tak nocnych godzinach.

Zaraz po złapaniu taksówki na placu Kataluna, dojechaniu i zameldowaniu się w hostelu, pogrążyłyśmy się z Anią w głębokim śnie, aby nabrać nowych sił witalnych na pierwszy poranek w hiszpańskim klimacie.

Plan pierwszego dnia nie był oblepiony tysiącami punktów, postawiłyśmy na spokojne zwiedzanie okolicy i zobacznie morza, aby poczuć bryzę morską, którą ostatni raz na twarzy czułam we wrześniu na Zakhyntosie, kiedy to wydarzyła się najpiękniejsza chwila w moim krótkim życiu (klik).

I właśnie widok fal piętrzących się na turkusowej powierzchni wód morza Śródziemnego zachwycił nas jako pierwszy.

Poczułyśmy pierwszy głód, dlatego opuściłyśmy plażę i zmierzyłyśmy w kierunku centrum barcelońskiego starego miasta. Po drodze naszą uwagę przykuła knajpa z kolorowym bufetem. Tyle smacznie wyglądających przekąsek, a każda za 2,25 Euro.

Uciszywszy pomruki żołądka, wyszłyśmy z restauracji, zostawiając za sobą budynek z pysznościami i robiąc kilka kroków przed siebie, ujrzałyśmy piętrzące się ku niebu wieże katedry Św. Eulalii znajdującej się na Pla de la Seu. Wspaniały przykład architektury gotyckiej. Koniecznie musicie zajść do środka! Wiecie, że ja dopiero w drodze powrotnej do Polski dowiedziałam się, że w środku znajdują się przepiękne krugżanki, a tam oczko wodne z gęsiami! Legenda głosi, iż zbliży się do nich niewierna żona zaczną gęgać! Oh… że ja wcześniej nie wiedziałam o tym tajemniczym wnętrzu ! Ale przejdźmy dalej.

Zmierzyłyśmy w kierunku budynków z różnych epok, z których skonstruowana jest Barri Gothic, a między wysokimi ścianami natknęłyśmy się na bardzo klimatyczną uliczkę wyświetlana na mapce jako Carrer del Bisbe.

A następnie rozsiadłyśmy się na fontannie i zajadałyśmy czereśnie wcześniej kupione w jednym sklepików z artykułami spożywczymi.

Niezbyt wyspane, kierowałyśmy się w stronę naszego hostelu, bo jednak kilka godzin snu, które dostarczyłyśmy swojemu organizmowi, nie wystarczyło na całodniowe zwiedzanie, pogoda tak dopisała, że wysoka amplituda temperatur między klimatem w Polsce i Hiszpanii odbierała Nam energię pierwszego dnia, dlatego postanowiłyśmy wrócić na drzemkę. Zmieniłyśmy drogę powrotną, aby trasa różniła się od porannej i tak odkryłyśmy najpiękniejsze miejsce z całego pobytu.

Piękna zielona przestrzeń miasta w samym centrum katalońskiej stolicy. Wśród wspaniałej roślinności widniejącej na każdym kroku, dobiegała słodka kaskada śmiechu bawiących się dzieci, odpoczywało mnóstwo ludzi na kocykach i kosztowało dobroci słońca, a inni natomiast skrywali się przed jego promieniami. Takie pierwsze pozytywne wrażenie zrobił na mnie Park Ciutadella, jednakże co innego sprawiło, że ten drobny kawałek świata zakorzenił się w mojej pamięci już na zawsze.

Podążając wzdłuż jednej z dróżek dostrzegliśmy na jej końcu przepięknie zdobiony wodny obiekt zakończony złotym rydwanem. Najbardziej niezwykła fontanna jaką widziałam w swoim krótkim życiu, podobno sam mistrz Gaudii za czasów swojej młodości miał swój udział w jej projekcie. Wodospad kaskady wodnej wpadał do małego jeziora przyległego do jej podnóża, a posąg Wenus stojącej na otwartej muszli przenosił wyobraźnię do czasów starożytnych bogów.

Na górę Cascady prowadzą po obu jej bokach dwa ciągi schodów, skąd możemy delektować się widokiem panoramy parku. Warto poświęcić chwilę na poddanie się magii tego miejsca. Jestem przekonana, że wieczorne spacery w towarzystwie widoku fontanny mają niezwykle romantyczny charakter.

Zachwycone naszym znaleziskiem udałyśmy się w dalszą drogę przechodząc pod Arc de Triomf.

Po dotarciu do hostelu i godzinnej drzemce, z naszych brzuchów dobiegł po raz kolejny znajomy, nieprzyjemny dźwięk. Opuściłyśmy miejsce naszego zakwaterowania i podążałyśmy zgodnie ze wskazówkami aplikacji Google maps w stronę jeszcze nieskończonej sakralnej konstrukcji.

Dotarłyśmy po prawie pół godzinnym spacerze do symbolu Barcelony. Pośrodku parku, nad małym stawem rosły białe mury monumentalnego kościoła górującego nad Barceloną. Właśnie w tym parku przysiadłyśmy, aby napawać oczy widokiem świątyni stworzonej przez niczym nieposkromioną wyobraźnię geniusza i i właśnie tu udało nam się zrobić najpiękniejsze zdjęcia z wyjazdu.

Pomimo widoku maszyn na drugim planie Sagrada Familia zachwyca pod każdym względem – estetycznym, sakralnym, architektonicznym. Styl budynku zachwyca przede wszystkim swoją oryginalnością, ilością detali i paletą barw umieszczoną w witrażach.

Uwierzcie mi na słowo, ten kawałek sakralnej architektury, koniecznie musicie umieścić w swoim planie zwiedzania stolicy Katalonii. Niesamowite przeżycie duchowe.

Niestety nie doświadczyłyśmy jej piękna, które skrywa za swoimi murami. Wnętrze skąpane w kolorowym świetle z witraży, ciągle jeszcze jest dla nas tajemnicą do odkrycia.

Nie chciałyśmy zbyt szybko opuszczać tej mistycznej okolicy, dlatego podjęłyśmy decyzję, że obiad zjemy w zasięgu jej niesamowitego piękna, przysiadłyśmy w pobliskiej restauracji z widokiem na największy symbol Barcelony. Powoli zbliżał się wieczór, a nasze siły słabły, dlatego zostawiając za sobą obiekt sakralny, którego ukończenie budowy planowane jest na setną rocznicę tragicznej śmierci hiszpańskiego architekta (2026r.) i skierowałyśmy się do naszego hostelu.

Budynek naszego zakwaterowania na dachu mieścił taras z widokiem na miasto i świecącą w nocy wieżę Agbar. Odpoczywając po pierwszym dniu, dalej rozmarzone zastanawiałyśmy się nad następnych na kolejny rok, bo gdy człowiek poczuje jak przyjemne w dotyku są marzenia, chce doświadczać tego częściej.

(zdjęcie z Booking.com)

Bezchmurne niebo przybrało odcień jasnego pomarańczu, po czym sczerniało, zaczęły pokazywać się pierwsze gwiazdy, a wieża świecić własnym światłem. Kiedy ujrzałyśmy tarczę księżyca, a powietrze traciło ciepło, zeszłyśmy schodami do do naszego pokoju, pogrążyć się w objęciach Morfeusza, który zabierze nas do krainy spokojnego snu.

Po udanej przechadzce w świecie pięknych snów, naładowane ogromem energii i pozytywnego nastawienia byłyśmy gotowe na dalszą część hiszpańskiej przygody, dopóki nie odczułyśmy bólu mięśni nóg. Po kilkunastu kilometrach przemierzonych ubiegłego dnia własnymi siłami szybko podjęłyśmy decyzję, że we wtorek stawiamy na komunikację miejską. Pierwszym punktem wtorkowej wyprawy był mój wyczekiwany Park Guell, jednak ten dzień był pasmem niepowodzeń, a pierwszym z nim były wykupione bilety do Parku. I tu ważna wskazówka! Bilety wstępu kupujcie online lub dzień wcześniej, inaczej odczujecie gorzki smak rozczarowania. Jednak mój smutek szybko zamienił się w zdenerwowanie na samą siebie, ponieważ zapomniałam o power banku i byłam zmuszona powrócić do hostelu. Cofając się zrobiłyśmy chwilę postoju w parku przy wspaniałej Sangrada Familia, którego nieodległe tereny są przyjemnie zielone i bogate w rzędy ławek, drzew i piękny widok. Choć na chwilę chciałyśmy pocieszyć się po nieudanej wyprawie. Zobaczcie jak niesamowicie jej wizerunek odbija się w zwierciadle jeziorka.

Po spakowaniu power banka, czas nadszedł na kolejne zawód , bilety wstępu do katedry również zostały wykupiony , a rezerwacja na kolejne dni możliwa jest tylko internetowo. Przepadła najlepsza szansa na odkrycie piękna schowanego za murami katedry. Nie będę opisywać złości jaką przeżyłam w tamtym momencie. Mój entuzjazm zniknął, a jego miejsce przejęło zmęczenie i uczucie rezygnacji i oczywiście potężnego głodu!

Udałyśmy się na pożywne, późne śniadanko do Amarre 69.

Po przepysznej konsumpcji chciałyśmy przez chwilę chciałyśmy już jechać do drugiego hotelu, po czym szybko przypomniałyśmy sobie o Casta Battlo znanym jako “Dom Kości” Gaudiego.

 

Bogato zdobiona Kamienica ”pokolorowana” paletą barw w samym sercu modernistycznej dzielnicy Barcelony, inspirowana motywami zwierzęcymi. Dach o nieregularnym, falistym kształcie przypominającym łuski na smoczym grzbiecie, malutkie balkoniki łudząco przypominające kości i pokrywające ścianę płytki ceramiczne i potłuczone kafelek udające rybie łuski. Budynek jest piękny, szczególnie w pełnym słońcu, kiedy mieni się kolorami. Ze względu na swoje piękno i sławę budynek oblegany jest przez tłumy turystów , więc o zdjęciu na tle budynku bez udziału osób trzecich jest niemożliwe, dla miłośniczki fotografii. Wiecie czego jeszcze dowiedziałam się o tym miejscu od pasażerów naszego samolotu w czasie oczekiwania na samolot powrotny? Podobno w nocy Casta Batllo przepięknie jest podświetlana kolorowym światłem. Kolejny dowód na to, jak słabo przygotowałyśmy się do tej wyprawy !

Pamiętam jak przed wyjazdem snułyśmy plany związane z pobytem w drugim hotelu. Codziennie siłownia i basen! A po dotarciu na miejsce padłyśmy w czystą pościel i ocknęłyśmy się dopiero po dwóch godzinach. Intensywność barcelońskiego słońca potrafiła wymęczyć organizm, który od tylu miesięcy przyzwyczajony był raczej do zasnutego chmurami nieba. Po krótkiej regeneracji sił nie poszłyśmy wcale na leżaki przy hotelowym basenie. Podróżnicza natura zwyciężyła nad duchem fitnessu, skierowałyśmy nasze współrzędne w kierunku Museu Nacional d’Art e dCatalunya

Muzeum jest położone w cudownym miejscu na wzgórzu z piękną panoramą na Barcelonę. W jego wnętrzu mieści się ogromny zbiór dzieł począwszy od czasów średniowiecznych do współczesnych. Jednak my nie jesteśmy pasjonatkami sztuki, więc nie zajrzałyśmy do środka. U stóp budynku muzeum odbywają się spektakle fontann. Na nasze nieszczęście wodne pokazy są tylko od czwartku do soboty. Już wykończone wtorkowymi niepowodzeniami wróciłyśmy do hotelu.

Środa, przeczucie mi mówiło, że ten dzień nie tylko zapowiada się pięknie, ale też z pewnością taki będzie. Jeszcze przed otwarciem kas w Parku Guell dojechałyśmy na miejsce metrem. Ku naszemu zaskoczeniu bramy były otwarte. Turyści mieli wstęp wolny i opcję zwiedzania bez biletów, ale trzeba było opuścić już przed 8, w przeciwnym wypadku trzeba byłoby ponieść koszty pobytu. Chciałyśmy tu wrócić ponownie, gdy tarcza zachodzącego słońca będzie wisiała dosyć nisko na niebie, podobno wtedy kolorowe konstrukcje wyglądają najpiękniej. Dlatego wykupiłyśmy bilety na godzinę 19.

Rankiem, aby podziwiałyśmy słodkie domki wyglądające jak chatki z piernika Baby Jagi nieopodal wyjścia. Ta słodka architektura Gaudiego pobudziły apetyt, a żołądkom przypomniało o tym, że jeszcze nie dostały śniadania.

I tak powędrowałyśmy do najpyszniejszej części Barcelony na pierwszy posiłek. La Boqueria to istny raj dla smakoszy i ich podniebień. Symfonia smaków, zapachów i kolorów.

Naprawdę warto wstąpić na danie przygotowane ze świeżych składników

soczyste owoce

pyszne lody, wyjątkowe katalońskie przysmaki i te wspaniale wyglądające słodkości

Nie zabraknie tu także mięs i owoców morza

To jedyne miejsce , w którym nie przeszkadzały mi tłumy ludzi, bo tylko tętnioczy życiem targ ma prawdziwy klimat.

Z pełnymi brzuchami rozłożyłyśmy kocyk na plaży i postanowiłyśmy poczekać na wieczór.

Gdy zbliżała się 18 wsiadłyśmy w autobus, który zawiózł nas pod schody ruchome prowadzące prosto pod bramy Parku Guell.

Park Güell jest bajecznym miejscem położonym na wzgórzu, a wizta w nim jest jak spacer po zaczarowanej krainie zachwycającej swoimi barwami.

Najdłuższa ławka świata ozdobiona kolorami skrawków szkiełek i ceramiki, a nawet talerzy i innych elementów zastawy stołowej, z której mamy jednocześnie punkt widokowym na Barcelonę

i dwa piernikowe domki przy wejściu znajdującego się poziom niżej.

 Pełna alejek prowadzących w coraz to piękniejsze zakamarki, zwiedzanie umilają ptasie odgłosy papug skrytych w gałęziach drzew. W parku jest też sala kolumnowa z pięknymi mozaikowymi rozetami na sufitach, aleja kamiennych drzew i kolorowa salamandra, która stała się symbolem tego cudownego dzieła Gaudiego.

Półgodzinne zwiedzanie minęło dosłownie w jeden moment, kolejki do zdjęć na tarasie widokowym zdawały się nie mieć końca, ale udało się Nam zdobyć wymarzone, fotograficzne pamiątki z tej magicznej, kolorowej krainy hiszpańskiej architektury.

Ja i Ania za 50 lat 😀

Wieczór chciałyśmy spędzić w hotelu W, niestety selekcja jest dosyć surowa, u kobiet wymagane są szpilki, elegancka stylizacja. No niestety żadnej z nas nie przyszło do głowy, aby na zwiedzanie Barcelony zabrać szpilki….

Wieczór minął Nam zatem przy barach nad brzegiem morza, przy szumie fal, towarzystwie zakochanej pary Kanadyjczyków i piciu sangrii.

Następny dzień po raz kolejny rozpoczęłyśmy śniadaniem w Amarre 69

i odwiedzeniem po raz ostatni Krużganek.

Podczas kąpieli w chłodnych, majowych wodach morza Śródziemnego i pochłanianiu ciepłych promieni słońca usłyszałyśmy znajomy dźwięk dochodzący z naszych brzuchów i wstąpiłyśmy do lokalu Cancosta Restaurant nieopodal miejsca naszego plażowania na Paella podana oczywiście z patelni, na której była przygotowana.

I wraz z końcem tego spokojnego, całkowicie wolnego od zwiedzania dnia wsiadłyśmy w samolot i opuściłyśmy hiszpańskie granice, aby przywitać kochaną Polskę.

Share on Facebook43Pin on Pinterest0Share on Google+0Tweet about this on TwitterPrint this pageEmail this to someone

  • Miło zobaczyć mi twój post z Barcelony . Ja byłem w Barcelonie w Maju i odwiedzilem parę tych samych miejsc, które Ty odwiedziłaś ! Ale oczywiście każdy ma swoją perspektywę i zwiedzał według swojej ścieżki 🙂 Świetny post i blog . Będę odwiedzał częściej a mój post z barcelony znhttp://christophermakowski.com/bez-kategorii/barcelona-moim-okiem/ajdziesz tu —>

  • Przepiękne zdjęcia. Zazdroszczę Barcelony. Pozdrawiam serdecznie 😊