Karola and her cosmetics • 5.05.2017

ORIGINS – Drink Up Intensive Overnight Mask

ORIGINS - Drink Up Intensive Overnight Mask

Październik jest miesiącem walki z rakiem piersi, czyli najczęstszym nowotworem, który występuje  u kobiet. Z tej okazji marka Origins wypuściła nowy wygląd maseczki nawilżającej oznaczoną różową wstążką symbolizującą różowy październik. Jej zadanie było proste, przypomnieć kobietom o konieczności wykonywania regularnych badań profilaktycznych i roli zdrowego stylu życia w zapobieganiu nowotworom. Część zysku ze sprzedaży marka przeznaczała na badania nad rakiem piersi.

Błądząc między drogeryjnymi pułkami Sephory w poszukiwaniu antidotum na moją suchą skórę twarzy, której stan zawdzięczałam wakacyjnemu słońcu, ekspedientka zaproponowała mi limitowaną wersję maski Origins Drink Up w białym opakowaniu przeplatanym różowymi pasmami. Sam designe kosmetyku wyglądał tak zachęcająco, a zapewnienia kobiety o jego skuteczności przeważyły o mojej decyzji zakupu.

Pierwsze dobre wrażenie po otworzeniu tubki zrobił na mnie słodka woń łudząco przypominająca zapach soczystych moreli, zdecydowanie uprzyjemnia aplikację. Mój zachwyt pogłębiło bogactwo składników naturalnych kosmetyku pielęgnacyjnego.

ORIGINS - Drink Up Intensive Overnight Mask

Moja cera nie jest zbyt gościnna dla nowych substancji, ale moje pierwsze spotkanie z maską Origins było naprawdę istną katastrofą. Kosmetyk nałożyłam na skórę twarzy przed snem, tak samo jak robię to w przypadku kremów na noc. Maska pomimo swojej gęstej konsystencji bardzo dobrze wnikła w cerę, natomiast rano kiedy po przebudzeniu poszłam do łazienki i zobaczyłam swoje odbicie w lustrze dostrzegłam nowy problem, który przybrał odmienny problem. Całą twarz zaatakowały i szpeciły czerwone i białe krostki. Byłam tak wściekła, że ukryłam kosmetyk na samym dnie mojego kufra kosmetycznego, bo nie chciałam więcej widzieć na oczy tego produktu.

Po raz drugi dałam mu szansę, gdy został moją jedyną deską ratunku przed styczniową sesją zdjęciową, gdy cierpiałam na odchodzące płaty skórne, przez które ciężko było mi nałożyć fluid. Co prawda maska Origins ostatnim razem dał mi prezent w postaci paskudnych wykwitów skórnych, ale nawilżenie było zaskakująco dobre. Więc z dwojga złego wolałam to niż źle wyglądający makijaż, wierzą, że przebijające się krosty spod powierzchni fluidu zawsze można wygładzić w programie do obróbki zdjęć (efekty sesji możecie obejrzeć TU) . I wiecie co? Nawilżająca maska Origins po całonocnej kuracji doskonale zadziałała i spełniła swoje zadanie !  Idealnie sprostała potrzebom mojej skóry, a po dyskomforcie związanego z suchością nie było ani śladu. Ale przyznam się Wam, że tym razem wykonałam porządny peeling produktem Ziaji z serii liście manuka (recenzję serii zamieściłam TUTAJ). Wiosek nasuwa się sam, kosmetyk stosujemy na uprzednio oczyszczoną i złuszczoną skórę, dzięki temu nie dojdzie do “zapchania” gruczołów łojowych i nie zaskoczą nas żadne brzydactwa. Aż wstyd, że dziewczyna po studiach kosmetologicznych zapomniałam o tej złotej zasadzie i kolejności zabiegów pielęgnacyjnych! Skupiłam się na stylizacji rzęs i paznokci, moja zdobyta wiedza zaczęła się ulatniać, stąd moje błędy w pielęgnacji.

Teraz opowiem Wam trochę o samej recepturze kosmetyku opartym na naturalnych składnikach.

Oleje z awokado, migdałów i pestek moreli sprawiają, że maska głęboko wnika i dobrze rozprowadza się po spragnionej nawilżenia skórze, a wodorosty z morza japońskiego pomagają naprawić barierę ochronną skóry zapobiegając odwodnieniu w przyszłości i oznakom przedwczesnego starzenia. Origins stworzył silną drużynę dla maski, dzięki czemu po całonocnej przeprowadzce substancji w głąb skóry, rano cieszymy się nawilżoną, odżywioną i rozjaśnioną cerą. Ta maska to prawdziwy napój do ugaszenia pragnienia naszej wysuszonej skóry twarzy! Polecam !

Share on Facebook13Pin on Pinterest0Share on Google+0Tweet about this on TwitterPrint this pageEmail this to someone

Tagi: