Karola and her cosmetics • 23.02.2017

Moje perypetie ze SKINFOOD FRESH APPLE Sparkling Pore Cream

Moje perypetie ze SKINFOOD FRESH APPLE Sparkling Pore Cream

Moja twarz ma tło mieszane, a strefa T składająca się z brody, nosa, czoła, to prawdziwa fabryka sebum. Wiem, że musi mieć podłoże hormonalne, bo jego produkcja nasila się w charakterystycznych fazach miesiąca. W owym czasie moja skóra jest jakaś mniej skłonna do tego, by ładniej się prezentować i utrzymać w odpowiedniej krasie makijaż. Na domiar złego zaczynają pojawiać się niechciani goście w postaci krost. Niestety… w tym specyficznym dla kobiet skrawku czasu miałam zaplanowaną sesję zdjęciową z Moniką. Zawsze na takie ważne przypadki, moim kosmetycznym magiem czekającym na użycie swoich pielęgnacyjnych czarów był koncentrat punktowy z Farmony z kwasami AHA. Niezastąpiony produkt posiadający honorowe miejsce na mojej półce w łazience został wycofany! Produkt był z linii profesjonalnej i gdy pracownica hurtowni podczas naszej rozmowy telefonicznej ujawniła mi fakt, że nie prowadzą już jego sprzedaży, moje ogromne rozczarowanie przyczyniło się do braku możliwości sformułowania sensownej odpowiedzi dla Pani po drugiej stronie słuchawki. Jak każda kosmetyczna maniaczka byłam w posiadaniu kilku nowości do pielęgnacji twarzy. Postanowiłam po raz kolejny zaufać mocy koreańskich kosmetyków, a obietnice producenta najbardziej trafiły do moich aktualnych potrzeb.

” Wygładzający krem do twarzy stworzony do pielęgnacji problematycznej skóry.  Ekstrakt z jabłka działa ściągająco na pory i przyczynia się do kontroli wydzielania sebum. Woda mineralna niezwykle odświeża i nadaje skórze miękkość. Krem zwęża pory oraz przeciwdziała niedoskonałościom skórnym.”

Pierwsze spotkanie żelokremu ze skórą mojej twarzy przebiegło dość drastycznie i było fatalne w skutkach! Po nocnej przeprowadzce kremu ze swoimi składnikami aktywnymi w głąb mojej cery, rano obudziłam się bez ani jednej krostki, ale problem przybrał formę białych płatów odchodzącej skóry. Chyba nawet nie muszę mówić, jakie wielkie było mojej przerażenie w dzień przed sesją zdjęciową, której realizację planowałam od dawna, a pogoda była w tym okresie tak dla mnie przychylna, biały pejzaż za oknem i na niebie nie widać było nawet najmniejszego fragmentu chmurki. Z ogromnym bólem serca musiałabym otwierać swój kalendarz i błądzić po jego kartkach w poszukiwaniu nowego terminu. Co w moim przypadku nie jest takie proste, gdyż zobowiązując się dziewczynom zrobić rzęsy w umówionym dniu, mój powód do przełożenia wizyty, wydałby się im śmieszny.

Moje perypetie ze SKINFOOD FRESH APPLE Sparkling Pore Cream

Wracając do mojej złuszczonej skóry, pewnie zastanawiacie się co dalej zrobiłam z tym fantem, czy dało radę przywrócić mojej skórze przyzwoity wygląd w jeden dzień? Tak, udało się. Moimi bohaterami stali się: ulubieniec z serii liście manuka, a mianowicie peeling, który przy użyciu swoich gruboziarnistych drogin sprawnie starł mi z twarzy białe skórki oraz silnie nawilżająca maska Origins , którego treść pozostawiłam na noc. Rano moja buzia zachwycała mnie swoją gładkością, świeżością, a co najważniejsze świetnie wyglądał na niej makijaż.

Producent nic nie wspominał o właściwościach złuszczających kosmetyku, ale na początku prawie każdej zmiany, moja skóra zaczyna się buntować. Generalnie przejawiało się, to zawsze wykwitem kilku wyprysków, a nie złuszczeniem. Po latach pielęgnacji nauczyłam się, że dopiero kolejne próby wykażą, czy kosmetyk zadziała na moją cerę pozytywnie, czy też nie.

Parę dni później sięgnęłam po barwiony, szklany słoiczek i nałożyłam jego zawartość na skórę buzi. Moja twarz ma niezwykłą lekkość adaptacji z preparatami i drugi raz przyjęła kosmetyk jak należy, bez dziwnych niespodzianek. A powiem nawet więcej, produkt wykazał się cudownymi właściwościami pielęgnacyjnymi. Wygonił z mojej skóry twarzy natrętne wypryski, za co zyskał moje uznanie. Miesięczna znajomość mojej skóry z koreańskim cudeńkiem zaowocowała rewelacyjnymi efektami. Ekstrakt z jabłka oczyścił moją skórę z zanieczyszczeń, nie dopuszczał do wizyt niechcianych wyprysków, a sebum wydzielane przez gruczoły łojowe (które wybrały sobie lokum w strefie T mojej twarzy) znacznie mniej mi dokuczało i nie miałam potrzeby pozbywania wydzieliny wacikiem nasączonym tonikiem. Dodatkowo moja cera po nocnym romansie z jabłkową treścią słoiczka, zachwycała świeżym blaskiem i ujednoliconym kolorem, myślę, że to zasługa wody mineralnej ukrytej w kremie.

Niestety znów nieszczęśliwie się zakochałam. Tak samo jak koncentrat z Farmony, po prostu znikł w internetowych półek. Gdy tylko zapałam uczuciem do kosmetyku, który sprawnie likwiduje drobne krostki, to przebywa poza moim zasięgiem. Przeglądam polskie drogerie online z koreańskimi kosmetykami i nie wyświetla mi się na żadnej pozycji. Moja bajka z jabłuszkowym produktem nie zakończyła się “happy endem”.

 

Share on Facebook23Pin on Pinterest0Share on Google+0Tweet about this on TwitterPrint this pageEmail this to someone