Karola and her lifestyle • 19.10.2017

Zakochane kadry prosto z Sycylii – Sesja narzeczeńska

Lato już dawno ustąpiło miejsca swojej jesiennej następczyni , a mimo to włoskie wspomnienia w mojej głowie są jeszcze takie świeże. Na Królowej Wysp Morza Śródziemnego przeżyłam wspaniałą podróż z gronem cudownych ludzi. Zagraniczne wakacje były pełne pięknych widoków, magicznych zachodów słońca, strachu na wulkanicznych ziemiach, pysznego jedzenia i wina, a także kadrów stworzonych przez fotograficzne zdolności naszej cudownej towarzyszki podróży.  Na zdjęciach tym razem nie jestem sama. Jestem z twórcą moich najpiękniejszych chwil, które zlepiły się w piękne siedem lat. Monika w tak subtelny  sposób uchwyciła magię włoskich dni i intensywność naszego szczęścia, że nawet moje wyobrażenia dotyczące sesji nie odzwierciedlały takich cudownych obrazów. Fotografie pachną wakacjami, marzeniami, a na ich powierzchni widać miłość, którą zapisaliśmy uczuciami. “Przeznaczenie decyduje, kto pojawia się w twoim życiu, ale to Ty dokonujesz wyboru, kto w nim pozostanie”. Zrobiłam to co podpowiadało mi serce, bo one zawsze podpowiada dobrze i tak idąc za jego radą wybrałam życie u boku Artura, a w październiku mija równe siedem lat odkąd jesteśmy parą. Związkiem dwojga ludzi, którzy zbudowała swoje szczęście w oparciu o składniki mające długą datę ważności: zaufanie, wiara we wspólne marzenia, prawdziwe uczucia. Gdybym miała zobrazować naszą miłość, byłby to magazyn pełen półek uginających się od kilogramów szczęścia lub zbiór pięknych historii. Nawet jeśli trafiają się dni w naszej prozie codziennego życia, kiedy dzielą nas źle zrozumiane słowa i urażona duma, podświadomość nakazuje z prędkością światła przywrócić wcześniejszy status zadowolenia ze wspólnej obecności. “Nie każdy z nas może sobie pozwolić na bycie romantycznym” Słowa filmowej Charlott Lucas z mojego kochanego filmu “Duma i uprzedzenie”.

Tak wiele osób źle postrzega te piękne słowo. Ja o miłości zawsze myślałam w sposób romantyczny. Jednak nie interpretowałam romantyczności na postawie filmów produkcji Hollywood. Tworzone w mojej głowie miłosne historie, których chciałam być bohaterką pozbawione były bukietów skomponowanych z dziesiątek czerwonych róż, nieprzyzwoicie drogiej biżuterii, kolacji w ekskluzywnych restauracjach, jazdy konnej po plaży o zachodzie słońca.  Zdecydowanie wolałam przeżywać z ukochaną osobą naturalną romantyczność wynikającą z magii codzienności. Wspólne, jesienne spacery po leśnych dróżkach obsypanych kolorowymi liśćmi, wieczorne rozmowy przy blasku świec, spontaniczne, miłe gesty jak przepuszczenie w drzwiach, kolacje w uroczych, małych knajpeczkach z klimatem, wspólne odkrywanie świata, ale w tej “uboższej wersji”, oglądać na kocu pod gołym, nocnym niebem czyste światło gwiazd.

Romantyczność nie potrzebuje bogatej oprawy, wystarczy patrzeć na nią oczami duszy. Wtedy postrzeżemy prawdziwy obraz romantyczności, gdzie jej piękno budują uczucia, anie dobra materialne. Przyznam szczerze, że kiedy byłam bliska osiągnięcia wieku pozwalającego uważać mi się za dorosłą, nie należałam do grona tych dziewczyn, które oddałyby duszę za jedną randkę z szkolnym ”łamaczem kobiecych serc”. Nigdy nie wzdychałam na widok przystojnych twarzy i nie marzyłam przed snem o ideałach dumnie chodzących po korytarzach mojego liceum, nie oczekiwałam ich uwagi i nie miałam zamiaru dać się potraktować jak zdobycze, po czym ustąpić miejsca nowej ofierze. Nie odczuwałam także zazdrości widząc szczęście moich koleżanek będących w związkach lub z powodzenia szkolnych ślicznotek. Gdy dłużej się nad tym zastanowię, dochodzę do wniosku, że lubiłam swoją samotność, nie dokuczała mi, a wręcz lubiłam życie u jej boku. Miłości nie szukałam, ona przyszła do mnie sama.

W tamtym okresie najważniejsza była dla mnie nauka, szczególnie w maturalnej klasie. Bez wahania zamieniałam weekendy ze znajomymi w dyskotece na samotne rozwiązywanie zadań matematycznych i wzorów chemicznych. Nic więc dziwnego, że mojego narzeczonego poznałam w wakacje.

Moja wybredność zawsze irytowała moje koleżanki, tym bardziej, że nie miałam zbyt wielu podstaw do jej częstego używania. Daleko mi było do najładniejszych dziewczyn uważanych za szkolne piękności. Nie potrafiłam wykonać dobrego makijażu, który podkreśliłby moją urodę, miałam lekką nadwagę, nawracające problemy z cerą, styl ubierania był bardziej sportowy i wygodny niż dziewczęcy. Lubiłam swoją niezależność i wolność. I choć ciężko mi było przyznać się samej przed sobą, to Artur naprawdę mi się spodobał i denerwowało mnie, że przez całe wakacje powracałam myślami do wieczora, w którym go poznałam podczas imprezy, a wykreślenie go z pamięci nie było łatwe, bo chodził do mojej szkoły. Zawsze miałam dystans do chłopaków, których uważałam za przystojnych, bo nie sądziłam, że mogliby znajomość ze mną potraktować na poważnie, więc dlaczego gdy mijałam go na szkolnym korytarzu czułam dziwny ucisk w brzuchu, a gdy nasze spojrzenia były w tej samej linii prostej twarz nabierała koloru czerwieni ? Przecież nie należałam do osób nieśmiałych , a moje otwarte usposobienie przyciąga ludzi. Czy to było właśnie, to o czym mówi tyle książek i filmów o miłości, że kiedy spotkamy, tą właściwą osobę od razu będziemy o tym wiedzieć?

Nie potrafię wyrazić ogromu mojej radości, kiedy zobaczyłam treść smsa z jego imieniem na końcu, poczułam, że naprawdę jestem gotowa otworzyć serce na drugą osobę. Nie sądziłam, że pierwsza miłość, którą ześle mi los, będzie odpowiedzialna za zbudowanie całego epicentrum mojego przyszłego szczęścia. Z wielką radością wymalowaną na twarzy mogę powiedzieć, że Bóg dobrze zrobił stawiając nas obok siebie. Splótł mocnym węzłem nasze przeznaczenia i żadne przeciwności nie miały w sobie wystarczającej siły, aby je rozwiązać i skierować w odrębnych kierunkach.Motyle w moim brzuchu z okresu pierwszych miesięcy związku tak rozkosznie wprowadzały mnie w dobry nastrój,  a dźwięki wiadomości mojego telefonu nigdy wcześniej nie brzmiał tak cudownie słodko. Zrozumiałam, że od tamtej pory zaczęłam nosić w swoim sercu pierwszy zalążek miłości rosnący każdego dnia. Pamiętam dosłownie wszystko z tamtego okresu. Kibicowanie Arturowi na meczu piłki nożnej w czasie deszczu, pierwsze wypady na dyskoteki, poznawanie się z naszymi rodzinami i przyjaciółmi, pierwsze zazdrości i kłótnie.  Byliśmy wtedy tacy młodzi i tak bardzo zafascynowani każdą spędzoną razem chwilą. Zdecydowanie początki mają swój unikatowy czar, ale wolę obecny etap, w którym miłość rozgościła się w nas na dobre i nie psują jej żadne niepotrzebne utarczki słowne wynikających z braku zaufania i strachu przed utratą, a może też z samej porywczości wieku dojrzewania.Potok zdarzeń doprowadził nas do momentu, kiedy jesteśmy dorośli, bardziej dojrzali, finansowo niezależni od rodziców, sami odpowiadamy za projektowanie naszej przyszłości i nadal razem. Cenimy podobne wartości, ale lista naszych celów życiowych nie pokrywa się w całości, na szczęście odmienne spojrzenie nie stanowi dla naszej dwójki problemu. Przez siedem lat nauczyliśmy się ufać sobie bez grama wątpliwości i być wyrozumiali dla swoich pragnień. Tak często spotykam się ze słowami pełnych zdziwienia dla moich samotnych  zagranicznych wypraw i ich akceptacji ze strony Artura. Gdyby moc naszego uczucia byłoby w stanie osłabić kilka dni rozłąki, to znaczy, że nasza miłość nie miałaby mocnych fundamentów, a w sercach nie znajdowała się odpowiednia ilość ciepłych uczuć. Przykre jest, że człowiek nie może realizować marzeń bez niepotrzebnych komentarzy ludzi. Oboje kochamy piękno świata, jednak nie zawsze jest możliwość wspólnego podróżowania, poza tym fascynują mnie cuda architektoniczne będące projektem ludzkiego geniuszu, których Artur nie jest zbyt wielkim fanem i po dłuższym czasie wprowadzają go w uczucie nudy. Mi z kolei nigdy nie dokuczała samotność będąca wynikiem jego obowiązków związanych z rodzinną firmą.

Oczywiście nie ma konkretnej definicji miłości. Każdy ma inne oczekiwania oraz wizję tworzenia idealnego związku.  Ja mogę jedynie wspomnieć, że gdybym pozwoliła sobie na dostosowanie się do zakazów partnera w kwestii realizacji marzeń, nie byłabym nawet w połowie tak szczęśliwa jak jestem teraz. Skoro nie mogłabym walczyć o tak istotną sprawę jaką jest kosztowanie smaku spełnionego marzenia, to może wybór osoby, w której ulokowałam tyle uczuć, nie byłby słuszny. Nie widzę bycia możliwości z kimś, kto nie potrafiłby zrozumieć mojej pasji i blokował moją drogę do szczęścia, dlatego tak bardzo doceniam swojego Artura. Z jego strony zawsze spotykałam się z aprobatą i jestem niezwykłą szczęściarą, że będę mogła wkrótce nazywać go swoim mężem.Mam tyle powodów do wdzięczności Bogu i przeznaczeniu za skrzyżowanie naszych dróg. Przy nim dni niosą radosne chwile i dają piękne wspomnienia, świat jest o wiele bardziej bogaty w pozytywne barw, dróg pełnych możliwości i prowadzących do prawdziwego szczęścia. Ma cudowną zdolność rozpraszania moich ciemnych myśli, gdy otula mnie ciepłem swoich słów, całkowita ucieczka od zmartwień. Byłoby mi trudno nauczyć się samodzielnego stawiania czoła wszystkim przeciwnościom i trudom dorosłego życia, kiedy od początku wejścia w pełnoletność byłam obdarzona opieką narzeczonego. Zgrzeszyłabym, gdybym narzekała, albo chociaż próbowała narzekać na swoje życie. Zawiera pełen pakiet tego co najważniejsze : rodzina, ukochanego, zdrowie i na dodatek pole możliwości do realizacji podróżniczych snów. Z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że Artur i podróże wlewają do scenariusza mojego życia tyle magii i pozytywnych emocji, że nawet moja wyobraźnia składa im pokłon. Ilość bezcennych momentów, które miały miejsce w ciągu ostatnich siedmiu lat jest niepoliczalna. A przyszłość zapowiada się jeszcze piękniejsza. Chyba ktoś tam “na górze” mnie lubi, bo Bóg zarządzający moim losem hojnie sypie szczęściem. A może istnieją poprzednie wcielenia, jeśli tak to we wcześniejszym musiałam czynić wiele dobra, a obecne jest jego nagrodą.

Zdjęcia – Monika Chylak

Share on Facebook75Pin on Pinterest0Share on Google+0Tweet about this on TwitterPrint this pageEmail this to someone